Opłatek – symbol, którego znaczenie znika nam z oczu

Udostępnij:

Delikatny niczym płatek śniegu. Cieniuteńki niczym kartka papieru. Jasny niczym puch spadający zimą z nieba. Kruchy niczym ludzkie życie. Ale czy człowiekowi XXI wieku opłatek jest w ogóle do czegoś potrzebny?

Komu dziś potrzebna wrażliwość? Po co czystość? Na co delikatność, skoro życie to walka, a okazanie słabości to prośba o problemy?

Dzisiejszy człowiek musi reprezentować inne cechy niż te kojarzone z opłatkiem. Nie może pozwolić sobie na kryzysy. Nie może być kruchy, łamać się. Nie może być cienki ani delikatny. Musi być twardy, najlepiej szorstki, choć na to wszystko co jakiś czas winien zakładać maskę i prezentować w mediach społecznościowych zupełnie innego siebie. Tam: uśmiech, szczęście, kolory. Na co dzień – kamień. Kamień stanowi zresztą zgrabną metaforę opozycji wobec cech opłatka. Jest nie tylko twardy, ale też najczęściej brudny, ubłocony, obsypany piaskiem, a do tego szorstki i raniący. Jak my wszyscy, zmęczeni pędzącym życiem, szarą codziennością, twardzi wobec problemów, niekiedy raniący bliskich swoją szorstkością.

Czy jednak należy ubolewać, że współcześnie ludzie są jak kamienie? Czy dawniej byli jak opłatek? Nie popadajmy w idealizację przeszłości. Nigdy życie nie premiowało miękkości i nigdy ludzie nie byli w pełni opłatkiem, ani w pełni kamieniem. Codzienność – tak było w przeszłości, tak jest i dziś – zmusza nas do hardości, to też jesteśmy hardzi. Ciężko zaprzeczać faktom. Ciężko obrażać się na rzeczywistość. I w tym miejscu, w takich realiach, pojawia się opłatek. Przypomina nam o czystości, niewinności, wrażliwości, uzmysławia, że to, co delikatne, także jest dobre, wartościowe. Że nie możemy być wyłącznie hardymi, że odporność wobec problemów nie wyklucza miłosierdzia – przeciwnie, że swoją siłą winniśmy dzielić się ze słabszymi, tak jak w Wigilię Bożego Narodzenia dzielimy się opłatkiem.

Dzielimy się nim – czyli dajemy coś od siebie – gdy składamy życzenia, choć przecież bez straty dla naszych słów moglibyśmy zrezygnować z opłatka. Wtedy jednak naszym słowom nie towarzyszyłby czyn – mały, ale wymowny. Ciągle jednak rezygnacja może jawić się jako niezły pomysł racjonalizatorski, bo cóż ma wspólnego cienki, chlebowy opłatek bez drożdży i soli ze zdrowiem, szczęściem, pomyślnością – jakich najczęściej życzymy bliskim, zapominając przy tym o życzeniu zbawienia i Bożego błogosławieństwa? Ale zapytajmy się przewrotnie, prowokacyjnie: co z naprawą tragicznego położenia pogrążonej w grzechach ludzkości mogło mieć Dziecko z niezamożnej rodziny urodzone w obcym mieście, w którym ciężko było nawet o porządny nocleg? A jednak! Nie wszystko jest takie, jak się to na pierwszy rzut oka wydaje.

Paradoksalnie lichy opłatek zwraca naszą uwagę nie tylko na zapominane w codzienności, ale bardzo potrzebne ludzkie odruchy, ale i na Tego, który będąc Synem Najwyższego przyjął ludzkie ciało, by wybawić nas od zguby. Stał się takim samym dzieckiem, jak wszyscy ludzie, jacy kiedykolwiek przyszli na świat, a więc słabym, bezbronnym i wymagającym nieustannej opieki. Kruchy, delikatny, czysty. Jak opłatek.

Interesujące, że dokładnie takiej samej materii – mąki i wody, bez drożdży lub zakwasu oraz bez soli – jak przy opłatkach bożonarodzeniowych używa się w katolickiej liturgii jako komunikantów, które podczas przeistoczenia stają się prawdziwym Ciałem Syna Bożego. Rozważania o śnieżnobiałych chlebowych listkach stosowanych w naszych domach w ten niepowtarzalny grudniowy wieczór nie mogą więc nie doprowadzić nas do refleksji o Najświętszej Ofierze.

Pan Jezus, ten sam, który jako delikatne, wrażliwe dziecko przyszedł na świat w trudnych warunkach w Betlejem, pozostał z nami realnie obecny w Eucharystii – Chlebie delikatnym, wrażliwym, o który musimy się troszczyć, przyjmować z największa czcią i uwagą nie mniejszą niż ta, jaką otaczamy noworodka. Trudno także nie dostrzec symbolicznego związku działań króla Heroda Wielkiego, który wedle biblijnego przekazu miał nakazać wymordowanie wszystkich chłopców z Betlejem i okolic mających mniej niż dwa lata, z feministkami dążącymi do legalizacji aborcji. Izraelski monarcha – jak opisuje to Ewangelia według św. Mateusza – podniósł rękę na delikatne jak opłatek ludzkie istoty, by zgładzić Tego, którzy przyszedł zgładzić grzechy świata. Dziś herodowie XXI wieku podnoszą ręce na równie bezbronne nienarodzone dzieci, przy okazji – świadomie bądź nie – próbując zabić w sobie sumienie, ów głos Boży oraz usunąć z serca obecność Chrystusa.

Niektórzy z grona zaktywizowanych ostatnio w Polsce zwolenników prenatalnej rzezi niewiniątek w swojej bezczelności posunęli się także do zbeszczeszczania symbolu ludzkiej czystości, niewinności, wrażliwości i kruchości. Oto bowiem jeden z warszawskich przybytków gastronomicznych ma sprzedawać – wedle medialnych relacji – opłatki z czerwonym piorunem, symbolem wrogości wobec ochrony życia w naszym kraju. Ta brutalna profanacja dotrze być może do części najbardziej sfanatyzowanych aktywistów strajków z końca października.

Ów problem to jednak tylko wierzchołek góry lodowej. Wszak dwa miesiące po kulminacji proaborcyjnych manifestacji w wigilijny wieczór do stołów zasiądą także „umiarkowani” zwolennicy aborcji eugenicznej, swoiści wyznawcy kompromisów. Nie będą mieli w rękach parodii opłatka, ale zupełnie zgodny z narodową tradycją i poświęcony w kościele oryginał. Na pozór wszystko będzie normalnie. Życzenia, wzruszenie, radość, opłatek, karp, sernik, a potem kolędy, a wśród nich chwytająca za serce: „nie było miejsca dla Ciebie”. I zaśpiewają ją z rozrzewnieniem, niekoniecznie nawet fałszywym, zwolennicy braku miejsca na tym świecie dla nienarodzonych dzieci podejrzewanych o choroby. A przecież „wszystko, co uczyniliście jednemu z tych braci moich najmniejszych, Mnieście uczynili” (Mt 25, 40).

Czy przyjdzie refleksja? Opamiętanie? Choć absolutnie każda chwila – także i obecna – to najlepszy czas na nawrócenie, to jednak Święta sprzyjają pewnym przemyśleniom. Opłatek zaś to nie tylko wrażliwość i czystość, ale także pojednanie. Wszak ciężko wyobrazić sobie szczere składanie wzajemnych życzeń podczas trwania w kłótni. Skoro zaś z okazji Bożego Narodzenia podejmujemy wysiłek pogodzenia się z bliskimi, to czemuż nie przyjąć ręki, jaką do zgody codziennie wyciąga do nas, wszystkich ludzi – niezależnie od rodzaju naszych grzechów – Jezus Chrystus czekający wraz ze swym Miłosierdziem w konfesjonale.

Religijny wymiar Świąt, niezbyt medialny, zupełnie niekomercyjny, odległy od blasku światełek w galeriach handlowych, ale za to autentyczny i jako jedyny wypełniony realną treścią, powoduje, że zasiadanie do wigilijnej wieczerzy, a potem świętowanie Narodzenia Pańskiego, ma sens. Bez niego wieczór 24 grudnia nie różni się od wykwintnej kolacji, a celebrowanie świąt od imienin czy urodzin krewnych. A przecież nie o to chodzi, by Boże Narodzenie było jedynie rodzinnym wydarzeniem w wersji premium, ale by w naszych sercach narodził się i żył Jezus Chrystus. I tak jak rodzice przygotowują pokoik, ubranka i kołyskę przed przyjściem na świat swojego dziecka, tak i my przygotujmy się na nadejście Zbawiciela poprzez rekolekcje i przedświąteczną spowiedź. Pamiętajmy także – bo w natłoku obowiązków może to wypaść z głowy – o poświęceniu opłatków, jeśli nie nabyliśmy ich w kościele.

Wszystko, co uświęca rzeczywistość, od sakramentów, przez sakramentalia po symboliczne gesty, przygotowuje nas na spotkanie po naszej śmierci Tego, który jest Życiem.

Michał Wałach

Artykuł z PCH24

Bookmark the permalink.

Dodaj komentarz