II. i III. Czas na refleksję o drugim przykazaniu kościelnym i łączącym się z nim trzecim przykazaniu oraz tym wszystkim, co w odniesieniu do nich, jest owym minimum i maksimum?

Klucz do pełniejszego zrozumienia jest dość podobny. Skoro absolutnym minimum jest przynajmniej raz w roku przystąpić do sakramentu pokuty, to wzbijamy się ponad nie za każdym razem, kiedy nasza spowiedź jest częstsza od obowiązkowego „przynajmniej jednego razu”. A ponieważ kolejne przykazanie kościelne określa nam, inny, konieczny „jeden raz w roku”, to tym razem, w odniesieniu do przyjmowanej Komunii św., bez wielkich spekulacji możemy się domyślić, że ta konieczna, choćby jedna spowiedź, musiałaby mieć miejsce w kontekście świąt wielkanocnych.
Przyjmuje się, że do okresu wielkanocnego wlicza się czas przygotowujący do Wielkanocy, tzn. okres Wielkiego Postu aż po niedzielę Uroczystości Trójcy Przenajświętszej. W tym przedziale czasowym (około 3 miesięcy) należałoby znaleźć sposobność, aby się wyspowiadać i przyjąć Komunię św. Tak spełnimy minimum kolejnych dwóch przykazań.
Jeżeli zaś będziemy praktykować spowiedź częściej, np. przy okazji Świąt Bożego Narodzenia lub jeszcze innych, to tym samym pojawia się okoliczność do częstszej Komunii świętej. Tym samym więc jakby stajemy ponad określonym minimum. Wiele osób stara się praktykować pierwsze piątki lub pierwsze soboty miesiąca, co pozwala na jeszcze częstsze przyjmowanie Pana Jezusa w Komunii św. To zaś staje się „życiem w stanie łaski uświęcającej”, niemal bez przerwy. Jest to rzeczą wielce chwalebną i bardzo dobrą dla naszego osobistego uświęcenia. Ocena, takiego stylu życia wiarą narzuca się sama.
Znowu stawiamy pytanie: Czy można jeszcze bardziej? Tak! W każdej parafii są nieliczne osoby, które codziennie, lub prawie codziennie, w pełni uczestniczą we mszy św. i przystępują do Komunii św., z czego również wynika, że praktykują sakrament pokuty – spowiedź, bardzo regularnie. Dobrze jest trzymać się dość radykalnie brzmiącej zasady: ani jednego dnia bez Komunii św., lub ani jednego dnia, który miałbym zakończyć w grzechu śmiertelnym – ciężkim. Czyli: ilekroć, nie daj Boże! zdarzyłoby mi się obrazić grzechem ciężkim Pana Boga, nie zwlekam, lecz jak najszybciej staram się, aby pojednać się z Nim w sakramencie pokuty.
Przyjęcie powyższej zasady byłoby czymś niemal doskonałym i wysoce chwalebnym dla naszego chrześcijańskiego życia. Kolejny raz, na tym „najwyższym pułapie” życia z Bogiem, pozostawmy ocenę najwyższą otwartą nie dla nas, lecz dla samego Boga…
Może warto na koniec dodać, że trzymanie się minimum dorocznej spowiedzi i komunii św., nie daje prawie żadnych motywacji do pracy nad sobą i realnej walki ze swoimi wadami, co z kolei nasuwa inny wniosek, że wola poprawy i nawrócenia jest bardzo słaba. Z kapłańskiego doświadczenia posługi w konfesjonale widać to w sposób nader oczywisty.
Kolejna rzecz godna podkreślenia: spowiedzi roczne są często źle przygotowane ze strony penitenta. Pobieżny rachunek sumienia = słaba spowiedź = słabe postanowienie poprawy = szybki powrót do życia w grzechu… Więc te spowiedzi, ogólnie ujmując, bywają powierzchowne i trochę tak jakby „na odwal”. My, księża, cieszymy się, że na święta mamy wielu przystępujących do Komunii św. Jednak trwa to bardzo krótko, co potwierdza powyższą tezę. Panu Bogu trzeba pozostawić ostateczną ocenę…
Bo Pan Bóg widzi lepiej, jednak tak podstawowa ocena narzuca się bezwiednie. Osoby spowiadające się częściej bywają na ogół lepiej przygotowane i ich rachunek sumienia ma jakby „gęstsze sitko”. Widać u takich osób wolę pracy nad sobą i wewnętrznej walki z grzechem. W nawróceniu, przy kratce konfesjonału, w spotkaniu z Miłosierdziem Bożym, to zdaje się być najważniejsze, a nie tylko „wywalenie grzechów” i przyjście po rozgrzeszenie. Bożą tajemnicą jest, ile z tych spowiedzi jest dobrych, a ile złych, nieważnych, czy nawet świętokradczych. Gdyby ktoś miał przyjść i źle się spowiadać, to lepiej aby nie przychodził wcale. Największym szyderstwem z Pan Boga byłoby Go ciężko obrażać, lekceważyć ten fakt, a potem próbować jeszcze udawać przed Nim, że jest wszystko OK!






Ciekawe odniesienie ta szkolna skala ocen, ale nie jestem pewna, czy tak śmiałabym oceniać swoje praktyki religijne. Mimo wszystko daje do myślenia.