2. BIERZMOWANIE SAKRAMENTEM UMOCNIENIA

Udostępnij:

PRAWY WYZNAWCA CHRYSTUSOWY

Jedną z najbardziej charakterystycznych postaci średnich wieków był rycerz chrześcijański. Do tego zaszczytnego miana trzeba było długoletniego przygotowania. Kandydat na rycerza przechodził różne próby: zdawał egzamin z prawego życia, i z ramienia mężnego, i z serca szlachetnego. Kiedy zaś okres próby wypadł pomyślnie, dopuszczano go do uroczystego obrzędu, zwanego „pasowaniem na rycerza”. Noc przed obrzędem spędzał w kościele na modlitwie, rano zaś odbywał spowiedź a w czasie Mszy świętej przystępował do Stołu Pańskiego. Potem przyklękał przed królem lub księciem i otrzymywał najpierw uderzenie płazem miecza, a później pas i ostrogi rycerskie. Odtąd był pasowanym rycerzem, rycerzem pełnoprawnym, obowiązanym życiem swoim i postępowaniem nie do pomniejszania, ale do przymnożenia chwały rycerskiemu stanowi. Historia przekazała nam wiele wspaniałych przykładów takich rycerzy bez trwogi i skazy, jak np. nasz dzielny hetman Stanisław Żółkiewski.

W życiu każdego chrześcijanina jest również taka uroczysta chwila, kiedy osiąga on pełnię dojrzałości chrześcijańskiej, i zostaje niejako „pasowany” na szczególniejszego, pełniejszego wyznawcę Chrystusowego, który życiem swoim i postępowaniem swoim ma się odtąd jeszcze bardziej przyczyniać do chwały Bożej. Dzieje się to wtedy, gdy spoczną na nas ręce biskupa w Sakramencie Bierzmowania, w tym sakramencie umocnienia żyda Bożego i wzrostu w łasce Bożej.

Takim prawym rycerzem Chrystusowym był Mariusz, chrześcijanin z pierwszych wieków chrześcijaństwa. Jako żołnierz rzymski tak mężnie sobie poczynał w bojach, że przyznano mu cenną odznakę wojskową. Dzięki temu odznaczeniu miał prawo pierwszeństwa do rangi setnika w legii przy pierwszym wakansie. Mariusz skorzystał z tego prawa, wysunął swoją kandydaturę i niebawem został setnikiem.
Ale jakiś zazdrosny kolega zgłosił się do raportu i zameldował, że Mariusz nie może być setnikiem, gdyż jest chrześcijaninem. Ponieważ Mariusz nie zaparł się swojej wiary, dano mu trzy godziny czasu do namysłu. Albo stopień setnika, albo śmierć, jeśli pozostanie chrześcijaninem.

Mariusz udał się natychmiast po radę do biskupa. Stary, doświadczony biskup prowadzi setnika do kaplicy. Tutaj odpasowuje mu miecz i trzymając go w jednej, a Ewangelię w długiej ręce, tak przemawia: „Wybieraj! Albo sława wojenna, albo Ewangelia Chrystusowa”! — Mariusz sięgnął po Ewangelię. Jeszcze przed upływem trzech naznaczonych godzin stanął przed trybunem i mężnie przyjął wyrok śmierci.

Z tych samych czasów pochodzi inny przykład rycerskiej postawy w decydującej chwili życia. W tym wypadku bohaterem był prosty wieśniak, nazwiskiem Barlaam. Oskarżono go o wyznawanie zakazanej nauki Jezusa Chrystusa i uwięziono. Wszelkimi sposobami starano się go zmusić do zaparcia się wiary. Zaprowadzono go więc przed posąg bożka Jowisza i nakazano rzucić kadzidło na ogień, na ofiarę bożkowi. Ale Barlaamowi daleka była myśl uczczenia bałwana. Spokojnie i stanowczo odmówił. Nie może zapierać się Boga prawdziwego. Gdy namowy i katowania nie skutkują, wtedy przemocą wyciągają mu rękę nad ogniskiem, tak by płomienie dosięgały dłoni i sypią nań kadzidło. ,,Rzuć kadzidło do ognia, a puścimy cię wolno”, nalegają oprawcy. Ale Barlaam raz jeszcze powtarza swoje stanowcze: ,,Nie”! I tak stoi niewzruszony, z wyciągniętym nad buchającym ogniem ramieniem. Płomienie liżą mu ręce, zadają ból okropny, już rozchodzi się swąd palonego ciała, ale on stoi niezłomnie. Rycerskie serce męczennika nie zaparło się Pana swego”.

Nie wszyscy chrześcijanie zdobywali się na taki hart ducha. Już nie w dniach prześladowania, ale nawet w zwykłym, spokojnym życiu załamywali się pod naporem pokus i słabości serca. Jakże jednak smutny jest los tego, kto z bojaźni lub z duchowego lenistwa cofa się przed wypełnieniem obowiązków wyznawcy Chrystusowego! Zwłaszcza chwila śmierci staje się dlań chwilą okropną.

Taką scenę opisuje katolicka pisarka norweska, Sigrid Undset w powieści pt. „Olaf, syn Auduna”. Oto zbliża się śmierć do Olafa, a on osłabły leży na ziemi. Ptaszek na wierzchołku drzewa zanosi się od śpiewu, a on tymczasem myśli o swoim życiu, które tak bardzo odbiegło od Boga. „Otrzymał i swój żywot w lenno i gdy doszedł do lat męskich, Chrystus, Dawca łask, i jemu również wręczył chorągiew, uzbroił ramię w miecz i włożył pierścień na palec. Ale on nie bronił chorągwi, splamił miecz niegodnym czynem, zapomniał o tym, co miał mu przypominać pierścień; a teraz musiał stanąć przed Bogiem i nie mógł powołać się na żaden czyn, którego by dokonał z sercem przepełnionym niezłomną wiernością, nie mógł wskazać ani jednego dzieła, które nazwałby dobrym. „O Panie, nie karz mnie w Twym gniewie i nie sądź mnie według Twej sprawiedliwości”.

My znajdujemy się pod sztandarem Jezusa Chrystusa. Zostaliśmy ochrzczeni i wybierzmowani. Jesteśmy Jego dziećmi i Jego wyznawcami. Wypełnijmy wiernie obowiązki wyznawcy Chrystusowego. To za mało mówić, że się kocha Boga. „Jeśli chwalicie Boga — ostrzega św. Augustyn — chwalcie Go doskonale: słowem, życiem i czynem”.

Czasy współczesne przekazały nam wiele przykładów takiego chwalenia Boga całym sercem i całym żydem. Godnym podziwu pozostanie na zawsze nasz świetlanej pamięci rodak, O. Maksymilian Kolbe, który w obozie koncentracyjnym w Oświęcimiu poświęcił się dla swego bliźniego. Oto dwie sceny z końcowego etapu tego bohaterskiego żywota według opisu Marii Winowskiej.

O. Maksymilian Kolbe, założyciel Niepokalanowa, został aresztowany dnia 17 lutego 1941 roku. Osadzono go początkowo na Pawiaku w Warszawie w celi nr 103, Gdy w czasie inspekcji oficer niemiecki zobaczy! habit zakonny, wpadł w wściekłość. Oczy nabiegły mu krwią, a piana ukazała mu się na ustach. Wyrwał różaniec, jaki O. Kolbe nosił u pasa i zawołał: — Głupcze, powiedz mi natychmiast, czy ty w to wierzysz?
— Tak, ja wierzę — odpowiedział ze spokojem O. Kolbe.
Otrzymuje jeden policzek po drugim, a w ustach czuje smak krwi.
— Czy jeszcze wierzysz? pyta zbir.
— Tak, i jak jeszcze!
Nowe uderzenia. Potem cała seria uderzeń, przy towarzystwie wylewu najgorszych przekleństw. Postać zakonnika staje się biała, potem fioletowa. Po każdym uderzeniu coraz trudniej przychodzi mu się rozprostować. Ale nie załamuje się.
— A teraz, powiedz mi, czy ty jeszcze w to wierzysz?
— Tak, ja wierzę!
Furia zbira nie ma już hamulców. Zamkniętymi pięściami bije ze wszystkich sił. O. Kolbe pada, a wtedy padają nań razy buta oprawcy. Postać zakonnika traci swój ludzki wygląd. Kiedy więc zbir dostrzega, że jego ofiara już się nie rusza, zatrzasnął z hałasem drzwi celi i uciekł.
Druga scena dokonała się w Oświęcimiu, który stał się ostatnim ziemskim przystankiem O. Kolbe. Razem z tysiącami więźniów po bohatersku znosi katorgę. Pewnego dnia uciekł więzień. Inni mają za to ponieść straszliwą śmierć głodową w ponurym bunkrze. W czasie ogólnego apelu wybierają skazańców. Wtedy ku niesłychanemu zdziwieniu współwięźniów O, Kolbe wystąpił z szeregu. Poznali go. Szmer szedł przez szeregi.
— To jest O. Maksymilian! To jest O. Kolbe!
Lagerführer chwycił za rewolwer, cofnął się o krok i zagrzmiał:
— Stać! Czego chce ta polska Świnia?
O. Maksymilian stoi przed nim. Bardzo spokojny, prawie śmiejący. Mówi tak cicho, że jedynie najbliżsi koledzy go słyszą:
— Chcę umrzeć w miejsce jednego z moich towarzyszy.
Lagerführer patrzy nieco ogłuszony. To, co się dzieje przechodzi tak bardzo wszelkie jego pojęcia, że zdaje mu się, iż śni, On, który nie ścierpiał żadnego oporu, który nigdy nie cofał swojej decyzji, który sprzeciwiających się usuwał z pomocą rewolwerowego strzału, teraz pozostaje jakoby ogłuszony pod jasnym wejrzeniem tego więźnia, który go poniża sam o tym nie wiedząc, który nad nim okazuje się panem i zda się nad nim panować, W tym momencie to O. Maksymilian rozkazuje! Lagerführer pyta zdziwiony: „Dlaczego chcesz to uczynić?”
Czy to jest z jego strony tylko prosta ciekawość? Czy chce w ten sposób odetchnąć, by zrozumieć i pojąć, co się przed nim dzieje? On, którego nazywają krwawym Fritschem dyskutuje z więźniem…
— Jestem stary i właściwie już do niczego. Moje życie już do niczego wielkiego nie będzie mogło służyć…
— Za kogo chcesz umrzeć?
— Za tego tu. On ma żonę i dzieci.
Jeszcze raz ciekawość jest silniejsza od okrucieństwa.
— Kim jesteś?
Odpowiedź pada krótka i zarazem uroczysta!
— Jestem kapłanem katolickim!
Ofiara O. Kolbe została przyjęta. Z godnością i męstwem, jakie zdumiało oprawców, poniósł śmierć w głodowym bunkrze, w tym piekle w miniaturze. A pisarka kończąc swój opis dodaje słusznie: „Są momenty, kiedy pozostaje nam tylko jedna rzecz do uczynienia: milczeć i paść na kolana!”
Gdy wczytujemy się w życie i czyny podobnych bohaterów Chrystusowej wiary, rozumiemy słowa kardynała Schustera, arcybiskupa Mediolanu: „W walce z szatanem czysto zewnętrzna broń posiada małą wartość. Szatan nie boi się parafialnych przedstawień, świąt, nawet religijnych obrzędów. Boi się męczenników i świętych”.

Nikt nie domaga się od nas aż takiego bohaterstwa, jakie podziwiamy w żywocie O. Kolbe. Ale każdy z nas może i powinien słowem i czynem dawać świadectwo swojej wierze świętej.
Pamiętajmy słuszne powiedzenie współczesnej powieściopisarki niemieckiej, Gertrudy von Le Fort: „Zło rzeczywiście nie ma innej mocy, jak tylko tę, którą mu daje słabość dobra”. Jesteśmy na dobrej drodze. Wyznajemy wiarę prawdziwą. Okażmy się mocni i zwycięzcy!
Kiedy z rozkazu okrutnego Nerona umierał filozof rzymski Seneka, i nie wolno mu było okazać wdzięczności swojemu otoczeniu przez zapisanie im czegoś ze swego majątku, wtedy rzekł: „Zostawiam wam to, co jedynie jeszcze posiadam, co jednak jest najpiękniejsze — zostawiam wam obraz mojego życia”. A właśnie o to chodzi, ażeby każdy chrześcijanin, a tym bardziej każdy bierzmowany mógł zawsze to samo o sobie powiedzieć: „Daję memu otoczeniu to, co jest najpiękniejsze, daję, obraz swojego prawdziwie chrześcijańskiego życia”!

Dodaj do zakładek Link.

Dodaj komentarz